37. Gość z poprzedniego życia

poniedziałek, 9 lipca 2018

Konrad

Piękny szykuje nam się weekend, pomyślałem, patrząc na swoje odbicie w łazienkowym lustrze.
Przekląłem w myślach Emila – to on poprzedniego dnia nadmienił, że wypadałoby powiedzieć Hance o stanie Oli; pewnie przewidział tę absurdalną scenę, która przed momentem miała miejsce. Nie zdziwiłbym się, gdybym po powrocie usłyszał: „a nie mówiłem?”. To całkiem w jego stylu.
Z drugiej strony plułem sobie w brodę, że nie wspomniałem o ciąży wczoraj wieczorem. A przynajmniej przed przywiezieniem Hanki do Warszawy. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej nie pomyślałbym, żeby ten temat poruszać, a tymczasem boleśnie przekonałem się, że mogłem, zupełnie nieświadomie zresztą, popełnić piramidalny błąd. I, cholera, w tym przypadku musiałem przyznać Emilowi rację.
Nie sprawa Oli jednak wyprowadziła mnie z równowagi, bo o ile reakcja Hanki przerosła moje wyobrażenia, tak jeszcze mogłem jej to wybaczyć. Paradoksalnie to, że sam wspomniałem o Kowalu, rozsierdziło mnie najbardziej. Będąc rozjuszonym tym irracjonalnym zachowaniem, nie umiałem się powstrzymać. Cóż, ona reagowała alergicznie na Olę, ja najwidoczniej w ten sam sposób na Kowala.
Musiałem ochłonąć, pochlapałem więc twarz zimną wodą, niestety zrobiłem to tak niefortunnie, że niechcący pomoczyłem koszulkę na ramionach i klatce. Zanim odszukałem w zasięgu ręki czegoś, w co mógłbym się wytrzeć, nieprzyjemnie chłodny materiał zaczął kleić się do skóry. Zmełłem pod nosem przekleństwo, po czym spojrzałem w stronę lustra – zerkał na mnie człowiek, którego mina wyraźnie mówiła: „nie spieprz tego!”. 
Stary, pomyślałem, nie jesteś pierwszy, który mi to mówi. 
Tak, zależało mi, na niej, na wszystkim, na nas, jednak dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo.
Wyszedłem z łazienki, by w poszukiwaniu suchego ubrania przejrzeć komodę, stojąca w salonie. Znalazł się dobry pretekst, aby wziąć się za to od razu, bo wypadłoby przejrzeć jej zawartość przed wyjazdem. Hanka akurat schodziła z antresoli, tylko włosy w lekkim nieładzie zdradzały, co między nami zaszło. Spojrzała na mnie spod zmarszczonych brwi, gdy przechodziłem przez salon. Ściskała w dłoni kubek, w którym wcześniej przyniosłem jej herbatę. Odnosiłem wrażenie, że jeszcze chwila, a skruszy go między palcami. 
– Przypomnij mi, żebym zabrał ten kubek, całkiem go lubiłem – rzuciłem w jej kierunku, wymamrotała tylko coś podobnego do „dobrze”, przystając przy kanapie. Zanim wysunąłem pierwszą szufladę komody, zawiesiłem wzrok na kolażu ułożonemu z moich fotografii, który wisiał nad meblem w antyramie. Westchnąłem z rozrzewnieniem. – I żebym wziął te zdjęcia.
– A co ty teraz tak właściwie robisz? – zapytała Hanka z wyczuwalną pretensją w głosie.
Nie odpowiadałem przez chwilę, przyglądałem się rzeczom ułożonym niedbale w szufladzie; zdecydowanie powinienem pozbyć się większości, skoro nawet nie pamiętałem o istnieniu niektórych z nich. 
– Przebieram się – oznajmiłem. – Nie widzisz?
Łypnąłem na Hankę okiem, zdążyła już rozsiąść się na kanapie i przyglądała mi się  zaciekawieniem. Zauważyłem, że mimo naszej sprzeczki nie wyglądała na obrażoną czy zasmuconą, wyraźnie dostrzegałem w tych niebieskich oczach zuchwałość. Wcale nie zamierzała chować się i uciekać, wolała pewnie zamęczyć mnie swoją złośliwością. Mały, wredny troll. Posłałem jej zawadiacki uśmiech – też nie zamierzałem być miły i potulny, w duchu jednak odetchnąłem z ulgą, że ta zahukana dziewczyna ustąpiła miejsca tej zadziornej.
– Okej – bąknęła, lekko unosząc wolną dłoń w obronnym geście.
Przeniosłem wzrok z powrotem na zawartość szuflady, wysunąłem ją trochę mocniej, dostrzegając bardzo charakterystyczną rzecz. Uśmieszek momentalnie spełzł mi z ust, ustępując miejsca grymasowi. To mieszkanie i wszystko, co się w nim znajdowało, było jak kopalnia wspomnień, niestety nie zawsze tych dobrych. Na moment zapomniałem, że to miejsce mogło mnie zaskoczyć czymś więcej, niż tylko brakiem kawy. Tymczasem dość nietrafiony prezent wprawił mnie w osłupienie po raz kolejny. Różowa koszula wyraźnie wyróżniała się na tle innych, dość stonowanych kolorystycznie rzeczy. Nie minęło aż tak wiele czasu, gdy Marta Małecka podarowała mi ją w prezencie, a ja mimo wszystko miałem wrażenie, że minęły lata.
– Nie masz się w co ubrać? – usłyszałem Hankę, której nie udało się ukryć lekkiego rozbawienia w głosie. Ponownie zerknąłem w jej kierunku, na twarzy gościł nieco drwiący uśmieszek.
– Skądże – odparłem i zanim zdążyła porównać mnie do niezdecydowanej dziewczynki, którą nawet przez sekundę się poczułem, wyjąłem koszulę i rzuciłem ją na oparcie kanapy, by mieć wolne ręce i zdjąć pomoczony T-shirt. W następnej chwili z trzaskiem zasunąłem szufladę, przez co Hanka się wzdrygnęła, jak obudzona z transu. Jej głos brzmiał dość niepewnie, gdy zapytała:
– Zamierzasz ją ubrać?
– Założyć – rzuciłem bez namysłu. Hanka skrzywiła się.
– I wyjść w niej na zewnątrz?
– Tak, owszem, tak zamierzam zrobić.
Ponownie chwyciłem koszulę w dłonie, musiałem przyznać, że wykonano ją z bardzo przyjemnego w dotyku materiału, a z tego, co pamiętałem, całkiem dobrze na mnie leżała. Zacząłem się więc zastanawiać, dlaczego nie zabrałem jej z Warszawy wcześniej, skoro mogła mi służyć z powodzeniem również teraz.
– Masz tutaj żelazko? – zapytała nagle Hanka, co zupełnie mnie zaskoczyło. Popatrzyłem na nią sceptycznie, starając się jednocześnie ukryć rozbawienie.
– Jesteś pewna, że właśnie to pytanie chciałaś mi zadać? 
Hanka w odpowiedzi westchnęła, po czym wstała i korzystając z chwili mojej nieuwagi, zabrała mi koszulę. Nauczony doświadczeniem, przezornie nie protestowałem. 
– Wypadałaby ją wyprasować, mogę się tym zająć – zaproponowała z wyraźną powagą w głosie. Nie wiedziałem, czy żartowała, czy mówiła całkowicie serio i szczerze powiedziawszy, niepokoiło mnie, że nie potrafiłem nic odpowiedzieć. – Gdzie jest żelazko i deska do prasowania?
– W przesuwnej szafie przy wejściu – odpowiedziałem odruchowo, zapominając na moment o absurdzie tej sytuacji. Hanka swobodnie przewiesiła koszulę przez ramię, wycofując się z salonu; nawet się na mnie nie obejrzała, gdy przeszukiwała półki, natomiast ja wgapiałem się w nią, zastanawiając się, skąd wziął się ten brak skrępowania. Dopiero po chwili wykluła się w mojej głowie myśl, że Hanka właśnie zaczęła mi matkować, dlatego zaprotestowałem, rzucając dość desperacko: – Przecież nie będziesz mi prasować!
– Muszę się czymś zająć – odparła beznamiętnie, na sekundę oglądając się na mnie przez ramię. Zupełnie nie wiedziałem, jak odeprzeć ten niepodważalny argument. Hanka pewnie nie dostrzegła, gdy przewróciłem oczyma. – A jeśli mam wybrać między prasowaniem a grzebaniem w twoich rzeczach, to wybieram to pierwsze.
Dobrze, brzmiało to w tamtym momencie całkiem rozsądnie. W odpowiedzi tylko skinąłem głową. Nie odczułem zresztą, aby Hanka robiła to tylko na przekór i by zrobić mi na złość, więc tym razem łatwo odpuściłem. Przyglądałem jej się przez chwilę, dopóki nie rzuciła mi pełnego niezrozumienia spojrzenia. No tak, też mógłbym się wreszcie na coś przydać, a nie tylko sterczeć na środku pokoju, w dodatku półnagi. 
Włożyłem na siebie pierwszą z brzegu bokserkę i kontynuowałem przeglądanie zawartości komody. Później zajrzałem również w kilka innych zakamarków, ostatecznie dochodząc do wniosku, że Hanka rzeczywiście mogła natknąć się na rzeczy Kowala (choć nie wiem, jak miałaby je rozpoznać) lub Oli, więc lepiej było pozwolić jej machać żelazkiem, niż później znosić jej fochy.
Nie minęła nawet godzina, gdy do jednego z niedużych kartonów udało mi się zapakować kilka książek, płyt, koszulkę z Goku i zdjęcia wyjęte z antyramy. Dopijając herbatę, którą w międzyczasie zupełnie bezinteresownie zaparzyła mi Hanka, uświadomiłem sobie, że nie zamierzałem zabierać ze sobą nic więcej. Oczywiście oprócz kubka oraz samej Hanki. 
– Minimalistycznie – przyznała, gdy stawiałem pudło niedaleko wyjścia. Obejrzałem się na nią, akurat siedziała na jednym z barowych krzeseł przy kuchennej wyspie i przyglądała mi się z zainteresowaniem. – I całkiem szybko się uwinąłeś. 
– Może po prostu dobrze wiem, czego tak naprawdę chcę – odparłem, rzucając jej zuchwałe spojrzenie. Podszedłem bliżej; wnioskując po kilku nerwowych ruchach, pierwszym odruchem Hanki było zeskoczenie na podłogę, ale już w następnej chwili dumnie zadarła brodę i została na miejscu.
– Więc czego chcesz teraz? – Jej głos wcale nie brzmiał tak pewnie, jakby sobie tego życzyła; odchrząknęła, gdy zbliżyłem się na odległość jednego kroku. Ciągle bawiła mnie reakcja na moją bliskość, dlatego uśmiechnąłem się łagodnie. Kąciki ust Hanki też delikatnie się uniosły.
– Teraz? – zrobiłem znaczącą przerwę, pochyliłem się ku niej jeszcze bardziej. – Chciałbym zjeść obiad – odpowiedziałem przekornie. Mogłem się tylko zaśmiać, gdy zauważyłem, jak Hance zrzedła mina. Rzuciła mi oskarżycielskie spojrzenie, jednak trudno było się jej bać, skoro wyglądała przy tym tak cholernie uroczo. 
– Gotujesz? – pisnęła nieprzyjemnie, tak zupełnie w stylu zagubionej Hanki. 
– Nie – zaprzeczyłem natychmiast, nie chcąc już jej dłużej męczyć. – Zapraszam – dodałem z emfazą. – Chyba że masz lepszy pomysł.
– Dziwne – mruknęła – przez chwilę sądziłam, że zechcesz wykorzystać mój pociąg do garów – próbowała zironizować. 
– Właśnie – zaśmiałem się – aż się zdziwiłem, że nie zabrałaś ze sobą słoików i wałówki na dwa dni.
W odpowiedzi otrzymałem cios w ramię, dość brutalny, aż jęknąłem z bólu. Hanka zeskoczyła ze stołka, minęła mnie bez słowa. Mogłem jedynie odetchnąć z ulgą, że wyszedłem z tej, jak dla mnie, niewinnej słownej przepychanki żywy, bo niebezpiecznie zbliżyłem się do granicy obudzenia w Hance morderczych instynktów. Była to jakaś nauczka na przyszłość. 
– Chciałbym niedługo wychodzić – rzuciłem za nią. Udawała, że mnie ignoruje. – Wystarczy, że założę koszulę, którą dla mnie wyprasowałaś.
– Wyprasowałam ją dla siebie – odburknęła – żeby nie musieć się ciebie wstydzić wśród ludzi.
– Doceniam twoją szczerość, naprawdę – dodałem rozbawiony. Zanim Hanka zniknęła za drzwiami łazienki, prychnęła na mnie jak kotka. 
Obojgu nam wystarczyły dwie, może trzy minuty, aby ponownie spotkać się przy lustrze, wiszącym tuż przy wyjściu. Pewnie nie tylko mnie zaczął powoli dokuczać głód. 
– Wyglądasz jak nie ty – usłyszałem Hankę, gdy poprawiałem kołnierzyk. Spojrzałem jeszcze raz na własne odbicie, tym razem starałem się przyjrzeć sobie uważniej. Nie byłem przyzwyczajony do swojego widoku w tej koszuli, szybko uznałem jednak, że mógłbym do niego przywyknąć. Łypnąłem na Hankę okiem, ciągle taksowała mnie wzrokiem, westchnęła przeciągle, gdy posłałem jej pytające spojrzenie. – Nie wyglądasz źle – przyznała niepewnie. – Wyglądasz inaczej. Tak jakby ta koszula zupełnie do ciebie nie pasowała.
Ponownie nie wyczułem w jej głosie choćby odrobiny złośliwości. Mówiła całkiem szczerze, jednak wyczułem w tych słowach coś niepokojącego. Popatrzyłem jeszcze raz na lustro, na siebie odbitego w tafli, a później ponownie na dziewczynę, ale nim zdążyłem coś powiedzieć, ona odezwała się pierwsza:
– Chyba jesteśmy gotowi do wyjścia.

*

– Na Radnej jest taka knajpka…
– Z antresolą – bezczelnie mi przerwała. Zapewne nic nie mówiła jej nazwa jednej z  warszawskich ulic, ale Hanka zgadła, który lokal miałem na myśli. Popatrzyła na mnie z nieukrywaną satysfakcją, gdy zmarszczyłem brwi ze zdziwienia. Przewidując oczywiste pytanie, dodała: – Byłam tam ostatnim razem z Olą i Kowalem. I nie zaprzeczę, jedzenie było bardzo smaczne.
– Właśnie dlatego chciałbym tam pójść – przytaknąłem. Sam całkiem lubiłem tę restaurację, nie tylko za pyszne żarcie, ale też za klimat, wiedziałem, że moi znajomi również, jednak nie sądziłem, że mogli tam przyprowadzić Hankę. Upatrywałem w tym pomysłu Kowala; to miejsce było jego odkryciem i pewnie nie omieszkał pokazać go pannie Wrońskiej, która, jak zdążyłem zauważyć, została oczarowana. Punkt dla Tomaszka za dobry gust. – Pogoda dziś rozpieszcza, możemy usiąść na zewnątrz.
– Wolę zająć stolik na antresoli – zaprotestowała. Popatrzyłem na Hankę spode łba, co wyraźnie ją oburzyło, bo prychnęła na mnie ponownie. Bałem się, że wejdzie jej to w nawyk. Ostatecznie jednak darowałem sobie uwagę, że w tak ładny dzień nie chciałbym się kisić wewnątrz. 
– Dobrze więc, Hanka, jeśli będzie wolny stolik…
– Będzie – znów wpadła mi w słowo. Trudno było z tą dziewczyną polemizować, więc wspaniałomyślnie odpuściłem. Znowu. Oby TO nie weszło mi w nawyk. 
Hanka miała rację, stolik na antresoli najwidoczniej tylko na nas czekał. Kiedy zajęliśmy miejsca, rozejrzałem się dookoła, myśląc z rozrzewnieniem, że to być może nigdy więcej tu nie zawitam. Westchnąłem cicho, po czym przeniosłem wzrok na moją towarzyszkę. Wyraźnie mi się przyglądała i nie był to wzrok, po którym mógłbym się spodziewać czegoś dobrego. Co znowu?, przeszło mi przez myśl. 
– Obejrzałeś się za kelnerką? – zapytała z lekkim wyrzutem, a ja w odpowiedzi zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, skąd wzięło się, wnioskując po tonie głosu, oskarżenie. – Obejrzałeś się – zawyrokowała natychmiast potem. – I jeszcze westchnąłeś!
Och, więc o to chodziło. Uśmiechnąłem się, w pierwszej chwili chcąc zaprzeczyć, jednak uznałem, że nie muszę się z nią dzielić każdym moim przemyśleniem, szczególnie że pewnie nie uwierzyłaby w mój sentyment do tej knajpy. Podchwyciłem więc temat; najpierw wzruszyłem ramionami, po czym rzuciłem lekko:
– Zazdrosna?
– Pff! – Hanka przewróciła oczyma, wyraźnie starając się pokazać, jak bardzo jej to nie obchodziło.
– „Pff tak” czy „pff nie”?
– A ty byłbyś zazdrosny? – mruknęła.
– Pewnie – odparłem całkiem poważnie. Dłuższą chwilę wgapiałem się w Hankę, zanim odważyła się spojrzeć mi w oczy. Moja odpowiedź bardzo jej się spodobała, chociaż usilnie starała się pokazać coś innego. Cóż, musiała mi wybaczyć, że w tamtym momencie chciałem trochę połechtać jej ego. – Wybierz coś, proszę, nie każmy kelnerce bez sensu krążyć wokół nas.
Obiad upłynął nam bardzo przyjemnie, być może dlatego, że nie poruszaliśmy niewygodnych tematów, które mogłyby negatywnie wpłynąć na atmosferę. Starałem się docenić to, że miałem przy sobie Hankę, tę piękną i radosną dziewczynę, tę, którą była naprawdę. Jej zakompleksiona i butna wersja musiała kiedyś odejść w zapomnienie wraz z niesławnym Cezarym.
– Muszę ci się do czegoś przyznać. – Hanka jeszcze przed sekundą zajadła się szarlotką z lodami, teraz grzebała widelczykiem w cieście. Popatrzyłem na nią z nieukrywanym zaciekawieniem, gdy wyraźnie się zawstydziła. – Pewnie nigdy bym się do tego nie przyznała, gdybyś nie włożył tej koszuli.
Zmarszczyłem czoło. Tym razem zupełnie nie wiedziałem, o co mogło jej chodzić, szczególnie jeśli powiązane było z tym, co miałem na sobie. Hanka wzięła jeszcze głęboki oddech i kontynuowała: 
– Rzucałam w ciebie lotkami – wypaliła w jednej chwili. Widząc jej przerażaną minę, zacząłem się śmiać, to było silniejsze ode mnie. – Serio. To nie żart, naprawdę rzucałam – dodała z naciskiem. Starałem się uspokoić, chociaż nie potrafiłem zrozumieć, jak coś tak absurdalnego mogło być prawdą. Odchrząknąłem i dałem tylko znać dłonią, że powinna rozwinąć swoją myśl. – Okej, ale nie będziesz się śmiał?
– Postaram się – obiecałem, tłumiąc w sobie rozbawienie. Hanka odchrząknęła, nim zaczęła mówić. 
– To było gdzieś na początku roku, razem z Ingą, moją współlokatorką znalazłyśmy twoje zdjęcie w internecie.
– Moje zdjęcie w internecie? – zdziwiłem się.
– No tak – jęknęła. Jej wzmożona gestykulacja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że bardzo się tym wyznaniem przejmowała. – Misiek był oznaczony na fotce, na której też byłeś. Jakaś duża impreza rodzinna albo coś takiego. I właśnie… miałeś na sobie tę koszulę.
To, co mówiła, mogło mieć sens; rzeczywiście krótko po tym, gdy dostałem tę koszulę od Małeckiej, włożyłem ją na imprezę urodzinową babci, na którą zjechało się całkiem sporo osób. Wszyscy zostali zaproszeni do hotelowej restauracji, a jako że nie codziennie odchodzi się siedemdziesiąte piąte urodziny, któraś z ciotek postanowiła wynająć fotografa, by uwiecznił ten dzień. Nie zdziwiłbym się, gdybym znalazł w sieci zdjęcie, na którym razem z Emilem pijemy whisky przy barze, co oczywiście miało miejsce. 
– Więc znalazłaś moje zdjęcie i postanowiłaś, że porzucasz we mnie lotkami, tak? – Zdawałem sobie sprawę, zadając takie pytanie, mocno wszystko upraszczam, ale patrzenie na zdezorientowaną Hankę, która nie wie, jak to wszystko wytłumaczyć, bardzo mnie bawiło. Swoją drogą wyobrażenie tej sytuacji sprawiło tylko, że na mojej twarzy pojawił się jeszcze większy uśmiech. 
– To Inga wpadła na ten pomysł – dodała, próbując się bronić. Prychnąłem. No pewnie, co złego, to nie ona, najlepiej zrzucić na kogoś innego. – To miało być… terapeutyczne. Żeby uwolnić się od ciebie i tego, co do ciebie czułam – powiedziała szybko, poniewczasie orientując się, że zeszła na bardzo interesujący temat. Czyżby po cichu liczyła, że opuszczę? Nie miałem takiego zamiaru. – Ale to było… coś innego. Także już nieważne. 
– Rzucałaś we mnie lotkami – powtórzyłem z naciskiem. Hanka dopiero słysząc to z czyichś ust, musiała sobie uświadomić, jak fatalnie to brzmiało. – Odprawiałaś na mnie jakieś Voodoo czy inne katharsis, w dodatku przyznajesz się do tego – zauważyłem lekko – więc chciałbym wiedzieć, co takiego do mnie czułaś.
– Konrad, ale ja nie chciałam zrobić z tego wielkiego wyznania – oburzyła się w następnym momencie, wymierzając we mnie palec. Delikatnie owinąłem go swoją dłonią, zmuszając dziewczynę, by opuściła dłoń. Hanka wzięła głęboki oddech, co trochę ją uspokoiło. – Zobaczyłam tę koszulę i sobie o tym przypomniałam. Co ty w ogóle sobie myślałeś, kiedy ją kupowałeś? – zapytała, chcąc zmienić temat.
– Dostałem ją w prezencie – sprostowałem. Dziwne, poczułem się w obowiązku wyjaśnienia. – Podobno pasuje do koloru moich oczu.
– Bzdura – prychnęła. Hanka zareagowała tak szybko, że nie zdołałem już powrócić do tego, co mówiła wcześniej. Zresztą słysząc jej oburzenie, nawet na moment mnie zatkało. – Osoba, która podarowała ci tę koszulę, chyba nigdy nie patrzyła ci w oczy, Konrad. Jasne, są niebieskie, więc teoretycznie wszystko się zgadza, ale ten błękit jest przełamany srebrzystymi i zielonkawymi plamkami, takimi prawie niezauważalnymi, a jednak. Do nich nie pasuje różowy kolor.
Zupełnie nie obchodził mnie już temat jej czarów i oczyszczania się z uczuć do mnie, zapomniałem, że w ogóle o tym wspomniała. Zaczęło mnie interesować coś zupełnie innego. Mimo że przyglądałem się jej przez cały czas, Hanka błądziła wzrokiem po swoim talerzu, dłoniach i wszystkim dookoła, ale nie odważyła się spojrzeć na mnie. Wyciągnąłem dłoń i ująłem jej brodę, siłą zmuszając, by na mnie popatrzyła.
– Pozwolę sobie zauważyć, że nawet nie spojrzałaś mi w oczy, a doskonale znałaś ich kolor.
– W tym świetle są bardziej srebrne – mruknęła. Opuściłem rękę, szukając jednocześnie jej dłoni. Na szczęście nie odwróciła wzroku. Wziąłem głęboki oddech. Splotłem delikatnie masze palce, starając się zrobić to na tyle subtelnie, by jej nie wystraszyć. – Konrad, naprawdę chcesz usłyszeć, jak to się w tobie…
– Już nie. – Tym razem to ja jej przerwałem, czym najwidoczniej zakończyłem jej męki. Uśmiechnęła się blado, z wyraźną ulgą. – Wystarczy mi to, co usłyszałem.
– Czyli nie będziemy już wracać do tematu rzucania lotkami w twoje zdjęcie? – zapytała z nadzieją. Co do tego nie byłem do końca przekonany. 
– Powiedzmy – przyznałem niechętnie. – Możesz teraz spokojnie zjeść szarlotkę.
Hanka zaśmiała się, mruknęła pod nosem „łaskawca”, ale zaczęła znowu jeść. Odruchowo zerknąłem na zegarek, zaraz potem rozejrzałem się wokół siebie, dostrzegając tym samym znajomą postać. Oczywiście w pierwszej chwili pomyślałem, że się przewidziałem, bo takie zbiegi okoliczności nie są możliwe. A jednak – wzrok mnie nie mylił. 
Kurwa, pomyślałem, przez moment zastanawiałem się nawet, czy nie wypowiedziałem tego na głos, najwidoczniej jednak nie, bo Hanka siedziała obok niewzruszona moim zachowaniem. 
Antoni Małecki stał tuż przy schodach i bezczelnie mi się przyglądał. Dopiero po chwili, gdy już był pewien, że go zauważyłem i rozpoznałem, ruszył w stronę naszego stolika. Wstałem, starając się zachować spokój. Instynktownie wyszedłem przed stolik, chcąc tym samym zasłonić Hankę. Ona oczywiście natychmiast dostrzegła, że coś się stało i ktoś się do nas zbliżał. Ostrożnie na nią zerknąłem, przyglądała się na zmianę mnie i intruzowi. Hanka musiała dostrzec na mojej twarzy malujący się niepokój. 
Będąc już dość blisko mnie, Małecki uśmiechnął się lekko, co zupełnie mnie zmyliło. Bez zbędnego czekania, wyciągnął dłoń na przywitanie, choć mógłbym się spodziewać pięści w nos.
– Konrad. – Ta udawana radość musiała mu później odbić się czkawką. – Nie spodziewałem się ciebie tutaj spotkać.
– Mógłbym powiedzieć to samo – odparłem jedynie, czując, jak moja pewność siebie szybuje w dół. On jednak nie zwrócił na mnie uwagi, oczywiście zainteresowała go moja towarzyszka, która zerkała zdezorientowana na nas obu. Akurat w tamtym momencie darowałem sobie wyjaśnienie, że natknął się na nas mój były szef. I tak, dokładnie ten sam, który kilka miesięcy temu wyrzucił mnie z pracy za sypianie z jego żoną. I tak, chodziło o tę kobietę, którą widziała na filmie. 
– My się chyba nie znamy – przywitał Hankę Małecki, wyciągając prawicę. To chyba nieświadomość tego, z kim miała do czynienia, sprawiała, że wyglądała na wyjątkowo wyluzowaną. – Antek.
Serio?
– Hanka. – Głos miała pewny, co mnie zaskoczyło. Wyraźnie usłyszałem również nutę zadziorności.
Starałem przypomnieć sobie moment, kiedy widziałem się z tym człowiekiem po raz ostatni – również brzmiałem nazbyt pewnie, chociaż właśnie wtedy zacząłem grzęznąć w bagnie. Po tym, jak Małecki wyrzucił mnie z pracy, nigdy nie wracałem myślami do tego, jak przebiegło nasze ostatnie spotkanie. Nie miałem takiej potrzeby. Teraz w kilka sekund zrobiłem rachunek sumienia. Widząc go, szczególnie w tak doskonałym nastroju, który praktycznie nigdy mu nie towarzyszył, zdałem sobie sprawę, że tamta rozmowa mogła przebiec zupełnie inaczej. Niezależnie od mojego nastawiania, nie skończyłoby się to dla mnie dobrze, ale nie pozostałby nieprzyjemny posmak porażki.
– Konrad – zwrócił się ponownie do mnie – dobrze, że cię widzę. Moglibyśmy porozmawiać?
Że co, przepraszam?
Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Mały, nieporadny chłopiec truchlał wewnątrz, ale starałem się robić dobrą minę do złej gry. I, cholera, pewnie byłoby tysiąc razy łatwiej, gdyby Małecki nie był tak dobrym aktorem i powiedział od razu, jak bardzo mnie nie znosi. I wreszcie dał mi w twarz osobiście, bez pomocy pośredników. 
– Dasz nam piętnaście minut? – zapytałem Hankę, ale nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Małecki wtrącił:
– Dziesięć wystarczy. Obiecuję, że zaraz do ciebie wróci cały i zdrowy. – Mężczyzna posłał Hance uroczy uśmiech, na który nie potrafiła nie odpowiedzieć tym samym. W zasadzie co innego mogła zrobić, ten nieznany jej facet mógł wydawać się na pierwszy rzut oka całkiem uprzejmy. – Wyjdźmy może jednak na zewnątrz – poprosił, a ja byłem bliski protestowania. – Widziałem tam wolny stolik – dodał, co uspokoiło mnie nieco, brzmiało to znacznie mniej, jak zaproszenie do dania mi w mordę.
Zerknąłem na Hankę, jej delikatny uśmiech dodał mi trochę otuchy.
Na zewnątrz było rzeczywiście trochę więcej miejsca, poza tym istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś zacznie się przysłuchiwać. Przeszliśmy do ogródka odgrodzonego od ulicy niskim, białym płotem i zasiedliśmy do jednego ze stolików, oddalonego najbardziej od wejścia. Świeże powietrze, chociaż wciąż jeszcze trochę duszne i letnie, podziałało na mnie wyjątkowo odświeżająco, co pozwoliło też zebrać myśli.
– Nowa dziewczyna? – zapytał lekko Małecki, kiedy już odgonił kelnerkę, zamawiając tylko kawę.
– Myśli pan, że odpowiem? – zapytałem, starając się wykrzesać z siebie odrobinę pewności siebie.
– Ładna – powiedział. Ścisnęło mnie w żołądku i dobrze wiedziałem, że to nie przez zjedzony niedawno obiad. – Pasujecie do siebie. Widziałem, jak na nią patrzysz – dodał już znacznie poważniejszym tonem. Tak, na pewno Hanka pasowała do mnie bardziej niż Marta. 
– Chyba nie o tym chciał pan ze mną porozmawiać – zauważyłem w następnej chwili. Cokolwiek ode mnie chciał, wolałem mieć już to za sobą. Ani ja, ani on nie chcieliśmy przebywać w swoim towarzystwie, więc mógł już łaskawie przejść do konkretów. 
– Jasne, że nie – odpowiedział już mniej przyjemnie. Ten ton głosy znałem znacznie lepiej. – Ale to dobry wstęp.
– Wstęp do czego? 
– Mam dla ciebie propozycję. Nie do odrzucenia.
Prychnąłem. To było silniejsze ode mnie, chociaż bardzo nie na miejscu, szczególnie w mojej sytuacji. 
– Dobrze – przeciągnął – przejdę od razu do rzeczy, Konrad. 
– Racja, pewnie zostało tylko osiem minut.
Małecki zaśmiał się nieszczerze, po czym przeniósł swoje spojrzenie na moją twarz. Sztyletował mnie wzrokiem, chcąc pozbawić mnie resztek pewności siebie. Jakoś dawałem radę i nie ugiąłem się. Kiedy wreszcie zaczął mówić, jego samemu znudziło się to wpatrywanie we mnie. 
– Początkowo chciałem zacząć od jakiejś gadki na temat tego, jak surowo cię potraktowałem wiosną i że zdecydowanie sobie na to nie zasłużyłeś, bo przecież cała wina leży po stronie Marty. Mógłbym tym razem zagrać dobrego policjanta, bo dlaczego nie? Ale wiesz co? – Zrobił znaczącą przerwę. – Mam to gdzieś. Mało mnie obchodzi, co teraz robisz i co się z tobą dzieje. Masz pracę i znów posuwasz żonę swojego szefa, ja mam to gdzieś. Ale możesz mi się przydać, stąd moja propozycja. – Ponownie nie odzywał się dłuższą chwilę. – Muszę przyznać, że wahałem się, czy aby do ciebie nie zadzwonić, ale skoro nawinąłeś się, to zrobię to od razu… 
– Długo zajmuje panu przechodzenie do rzeczy – wtrąciłem, ale wyraźnie zignorował moją uwagę. 
– Wiesz co, Konrad? – zaczął nazbyt protekcjonalnym tonem. – W międzyczasie nawet dowiedziałem się, że nie byłeś jedynym z jej kochanków, co, przyznaję, na początku było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Zauważ jednak, że tylko ty byłeś na tyle głupi i nieostrożny, abym się o tym dowiedział.
Małecki nie odzywał się przez chwilę, ponownie posyłając mi mordercze spojrzenie. Nie usłyszałem od niego nic miłego. Pewnie, gdzieś zabrakło mi ostrożności, bo przecież ostatnią rzeczą, którą chciałem, gdy jeszcze u niego pracowałem, było, aby dowiedział się, że miałem romans z jego żoną. Mógłbym się też obrazić za nazwanie mnie głupkiem, gdyby nie fakt, że towarzyszył mi dziwny rodzaj satysfakcji. Wiedza o skokach w bok Małeckiej była dość powszechnie znana. Sam osobiście słyszałem wiele historii, zanim zacząłem się z nią spotykać. Antoni jako rogacz figurował znacznie dłużej, niż mu się pewnie wydawało. 
Nie przychodziło mi do głowy nic sensownego, więc nie zamierzałem się odzywać. Nie sądziłem, aby Małecki powiedział jeszcze coś sensownego, gdy usłyszałem: 
– Jak myślisz, kiedy ktoś zadzwoni do mnie i zapyta o twoje referencje? – Natychmiast przypomniałem sobie o moim wczorajszym spotkaniu w sprawie pracy. Mina musiała mi zrzednąć, bo Małecki dodał złośliwe: – No, właśnie. Cóż, kopanie pod tobą dołków było momentami bardzo zabawne. Uwierz mi, że proponuję bardzo wiele tylko za małą przysługę.
– To znaczy? – Nie bawiły mnie te jego podchody. – Może wreszcie przejdzie pan do konkretów? 
– Rozwodzę się. – To wiele wyjaśniało. – Chcę to zrobić szybko i bezboleśnie, oczywiście bez uszczerbku na portfelu. Marta ma zniknąć z mojego życia raz na zawsze.
– Jaka miałaby być moja rola? – zapytałem zaskoczony. Wiedziałem, do czego zmierzał, ale nie uśmiechało mi się w tym uczestniczyć. – Miałbym zeznawać na pana korzyść? 
– To właśnie miałem powiedzieć – odpowiedział. 
– Przecież jest film…
– Owszem – wpadł mi w słowo – ale chcę mieć pewność. Tylko tyle. Przyznasz, Konrad, że to niewiele, prawda? Przyjdziesz, zeznasz, co wiesz, przecież nawet nie musisz kłamać – podkreślił. – Chodzi mi tylko o prawdę, o to, że moja żonka zdradzała mnie z tobą.
– A jaką ja mam pewność…?
– Potraktuj tę sprawę czysto biznesowo – odpowiedział szorstko. Zawsze, kiedy przechodził do interesów, jego ton stawał się wyraźnie poważniejszy. – Chyba mi nie powiesz, że nie mogę na ciebie liczyć?
Bardzo nie chciałem tego robić, dlatego w pierwszym momencie byłem gotów odmówić, nawet powieka by mi nie drgnęła. 
Z drugiej strony coś blokowało mnie w środku. Jeszcze przez długi czas mogłem się nie uwolnić od Małeckiego, w końcu nie wiedziałem, jak długo zechce ciągnąć tę swoją gierkę. Być może tak długo, aż sam zrezygnowałbym z pracy architekta na zawsze. Chociaż wiedziałem, że jego macki nie sięgały wszędzie i że kiedyś nastąpi ten moment, gdy Małecki sobie odpuści, ogarnął mnie irracjonalny strach. Nawet świadomość, że zostałbym w Toruniu, pracując razem z Kajetanem, mnie nie uspokajała. 
Jedna rzecz nas łączyła – obaj chcieliśmy mieć pewność; on, że Marta nigdy więcej nie pojawi się w jego życiu, a ja chciałem się uwolnić do niego. 
Antoni Małecki był jak gość z poprzedniego życia, który zatruwał to obecne. Ponownie poczułem się jak ten niedojrzały chłopak, który nawet nie mając wyznaczonych granic, przekroczył tę jedną za dużo i spieprzył sobie życie swoimi beztroskimi decyzjami. Byłem tym gówniarzem w różowej koszuli, który pragnął od życia tego, co najlepsze, nie dając nic od siebie w zamian.
– Adwokat się odezwie do mnie? – zapytałem wreszcie. Małecki na pewno nie chciał tego po sobie pokazywać, jednak zauważyłem, że odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się nieznacznie. Dopiero teraz zauważyłem, że jego odwaga była wymuszona. 
– Tak, niedługo – przytaknął. – O to nie musisz się martwić.
Oparłem się ciężko o oparcie, chociaż powinienem już pójść. Zaraz potem Małecki wskazał głową wejście do lokalu. Odruchowo odwróciłem się; dostrzegłem Hankę, która przystanęła w progu. Ostatni raz zerknąłem na mężczyznę, rzucając: 
– Skończyliśmy?
– Na dziś tak.