32. Niezdecydowanie

niedziela, 31 grudnia 2017

Konrad

Sierpień, 2013

Kawa poparzyła mi język. 
– Kurwa – wymamrotałem pod nosem. Hanka łypnęła na mnie okiem; kiedy na siebie spojrzeliśmy, ona szybko odwróciła wzrok, udając, że interesują ją przejeżdżające autostradą samochody. Wspomniana kawa oprócz tego, że parzyła, nie była specjalnie dobra, nawet nie spodziewałem się niczego innego – ot, z kartonowego kubeczka ze stacji benzynowej. Tak naprawdę nie potrzebowałem się napić ani nie czułem się senny (moja towarzyszka wystarczająco podnosiła mi ciśnienie), niezbędna okazała się jednak chwila wytchnienia w trasie. Pukałem w plastikowe wieczko i rozmyślałem o tym, że trzeba z powrotem wsiąść do samochodu i jeszcze ponad godzinę spędzić w towarzystwie naburmuszonej Hanki Wrońskiej.
Z samego rana Hanka obraziła się. Tak klasycznie. Zupełnie w jej stylu. To było całkiem zabawne, ale tylko przez pierwsze pół godziny. Uparcie dawała mi do zrozumienia, że gdyby mogła, wydrapałaby mi oczy łyżką. Powstrzymywał ją oczywiście tylko brak łyżki. 
Z drugiej strony na jej miejscu też pewnie chodziłbym obrażony. No, może specjalnie nie wyginałbym ust w podkówkę, ale już zdążyłem się nauczyć, aby na niektóre zachowania Hanki trzeba brać poprawkę. Ostatnie kilkanaście godzin nie było bowiem dla niej łatwe. Najpierw (prawie) natknęła się na swojego uroczego Czarka w Pożarowie – w miejscu, które uważała za całkowicie bezpieczne; w międzyczasie wpadła do mojej matki na domowy obiadek, zostawiając za sobą jedynie zmartwioną kobietę, po czym czmychnęła do Warszawy w celu spiknięcia się z Kowalem. I kto mógłby pomyśleć, że nasza mała Hanka potrafiła całkiem rozmiękczyć Kowala do tego stopnia, że ten prawie wyznał jej miłość po zaledwie kilku spotkaniach? 
Hanka pewnie mogłaby tak uciekać w nieskończoność, za każdym razem dalej i dalej, ale, no właśnie, pojawiłem się ja, bohater tym razem bez rumaka. I obiecałem, że nie zostawię jej samej w Warszawie. 
W ten sposób znaleźliśmy się na stacji benzynowej na trasie ze stolicy do Poznania. 
Chciałem, aby nasza podróż dobiegła końca, bo miałem już wszystkiego serdecznie dosyć. Głos rozsądku podpowiadał mi, że nie powinienem już więcej się angażować i zajmować problemami Hanki. Z drugiej strony to oznaczałoby nasze kolejne rozstanie, może na tydzień, może do ślubu Emila, a może już na zawsze. Zdrowy rozsądek jednak tym razem poszedł w odstawkę, bo byłem w Hance tak bardzo zakochany, że wolałem znosić fochy, niż nie mieć jej przy sobie w ogóle. 
– Możemy już jechać? – zapytała. Odezwała się pierwszy raz od dłuższego czasu i nie była to tylko monosylaba. 
– Mogę dopić moją kawę?
– Możesz – odparła – w samochodzie. Będziesz miał obie ręce wolne, bo teraz ja poprowadzę – powiedziała z pewnością w głosie. Zaimponowała mi trochę, nie powiem. Upiłem spokojnie spory łyk kawy; nie czułem smaku, język ciągle trochę piekł. 
– Nie masz przy sobie prawa jazdy – odpowiedziałem spokojnie. Zerknąłem na nią, próbowała zrobić dobrą minę do złej gry, ale nie była aż tak dobrą aktorką. Trafiłem, nie miała. 
– Ale gdybym miała przy sobie – odezwała się po chwili – dałbyś mi poprowadzić?
– Teraz nie masz, temat zamknięty. Ruszymy, kiedy wypiję kawę.
– Wiesz co – mruknęła – to ja już pójdę do środka, nie chcę stać w tym upale, kiedy masz w samochodzie klimę. – To mówiąc ruszyła w stronę auta, krzyżując ręce na piersi. Mimowolnie przewróciłem oczyma, właśnie obraziła się kolejny raz. Albo tylko udawała, aby nie wyszło na jaw, że gierki zmęczyły samą królową dramatu. 
Trochę na przekór stałem jeszcze dobre pięć minut za zewnątrz przed stacją benzynową, zanim postanowiłem dołączyć do Hanki. Zauważyłem, że wsparła głowę o rękę opartą o drzwi i wpatrywała się w coś przed sobą. Popukałem w szybę od strony kierowcy, wzdrygnęła się, odwróciła głowę w moim kierunku, posłała mi złowrogie spojrzenie, po czym popukała się palcem w czoło. Rozbawiony, uśmiechnąłem się tylko. Kiedy wsiadałem, zauważyłem, że kąciki jej ust również lekko się uniosły.
– Zawieź mnie do rodziców – powiedziała cicho, zanim rozsiadłem się na fotelu. Opadłem ciężko na siedzenie, zerkając na Hankę. – Do Kiekrza, powiem ci dokładnie, gdzie to jest. I zanim cokolwiek powiesz, to tak, jestem pewna, że chcę tam jechać. Chyba za długo już siedziałam w Pożarowie, poza tym nie chcę naużywać waszej gościnności. Za dużo dla mnie zrobiliście. Emil, Joanna i Michał. No i ty. – Wreszcie wzięła głęboki wdech. – Mam poczucie, że tkwię tam, trochę jakby pod kloszem, było mi wygodnie, póki nie zjawił się Czarek, a ja nawet nie miałam odwagi, aby wyjść mu naprzeciw. Jeśli ten stan będzie trwał dłużej nieprędko znajdę spokój. Dlatego zawieziesz mnie do rodziców, a z całą resztą poradzę już sobie sama.
Oboje nie odzywaliśmy się przez dłuższą chwilę. Przeniosłem na nią wzrok, nie będąc pewnym, czy w ogóle powinienem coś mówić i czy Hanka jeszcze zechce coś dodać. Nie spodziewałem się potoku słów od osoby, która przez trzy godziny odzywała się tylko półgębkiem.
– No to w drogę – odezwałem się bardziej do siebie, przekręcając kluczyk w stacyjce. Ledwo wyjechaliśmy na drogę, Hanka zapytała mnie:
– A ty? Jakie masz plany?
Jeśli myślałem, że przebywanie z naburmuszoną Hanką było niekomfortowe, to myliłem się. Jej pytanie wywołało we mnie niepokój. Zastanawiałem się przez moment, czy powiedzieć coś w stylu „teraz zawożę cię pod opiekę ojca, a sam spadam do Torunia, bo, wiesz, kuzyn załatwił mi robotę, z czego się bardzo cieszę, ponieważ w Warszawie jako architekt jestem spalony, przez starego szefa, miałem bowiem romans z jego żoną, ale chętnie wpadłbym do Pożarowa, żeby móc zobaczyć się z tobą, gdyż okazało się, że potwornie za tobą tęsknię, chociaż nic mnie bardziej nie denerwuje, jak świadomość, że wolałaś pojechać do Warszawy do Kowala, niż zadzwonić do mnie”, czy może jednak to zawoalować niektóre szczegóły. Ostatecznie wymamrotałem pod nosem coś wymyślonego na poczekaniu. 
– Na dziś? Zahaczę o Pożarowo, zostanę tam do końca weekendu.
– Och, no tak… – westchnęła. – Wpadnę tam niedługo, zabiorę swoje rzeczy – zakomunikowała jeszcze; łypnąłem na nią okiem, chyba chciała dodać coś więcej, ale się powstrzymała. Mnie zresztą też niespecjalnie chciało się gadać i mimo że narastająca cisza stała się dość uciążliwa, nie przychodziły mi do głowy żadne słowa. Włączyłem więc radio, Hanka prawie bezgłośnie odetchnęła z ulgą.
Po cichu liczyłem na to, że jeszcze uda nam się porozmawiać zanim wrócę do Torunia, nie przypuszczałem tylko, że będziemy mieć tak mało czasu. Może udałoby mi się zatrzymać Hankę na dłużej, ale nie potrafiłbym wyznać jej choćby połowy tego, co do niej czułem po tym, co usłyszałem dzisiejszego ranka. Byłem wściekły na samą myśl, że byłbym drugim facetem tego dnia wyznającym jej miłość. 

*

Po kolejnych dwóch godzinach zatrzymaliśmy się pod domem rodziców Hanki. Oboje wiedzieliśmy, że musimy się rozstać, więc atmosfera ponownie zaczęła gęstnieć. Bez słowa wysiedliśmy z samochodu, Hanka zaczęła wycofywać się w stronę furtki. 
– Wejdziesz? – Uznałem jej pytanie za całkowicie kurtuazyjne, więc odmówiłem. – W sumie trochę dziwnie wyszło, mogłam chociaż uprzedzić mamę, że wpadnę – zaczęła się tłumaczyć, po czym ciężko westchnęła. – Zresztą – machnęła ręką – to nieważne. – W końcu popatrzyła mi w oczy, usilnie starała się uśmiechnąć, ale efekt był dość komiczny. – Dzięki za podwiezienie, Konrad – powiedziała na koniec zupełnie bez wyrazu.
Ja, zamiast wtedy rzucić jakimś frazesem, bo przecież nie ma sprawy i to drobiazg, skrzywiłem się, jakbym właśnie zjadł cytrynę (i to niezbyt świeżą). „Dzięki za podwiezienie” – że co? Czy ja właśnie podrzuciłem bezradną sąsiadkę do lekarza czy babcię do kościoła? Nie oczekiwałem wdzięczności, w sumie wyciągnąłem Hankę z Warszawy siłą, więc ta wycieczka przez pół Polski wcale nie była żadną przysługą. Może podświadomie liczyłem na to, że Hanka będzie tupać nogą i rzuci się z pięściami, może to właśnie miała być moja „wymarzona” nagroda z bycie bohaterem. 
– Odezwę się do ciebie w sprawie ślubu – rzuciłem na pożegnanie nawet nie siląc się na bycie miłym. To i tak była pierwsza myśl, która nie niosłaby ze sobą żadnego ładunku emocjonalnego. Odwróciłem się, nie czekając na jej reakcję. Hanka została odstawiona do rodziców, do domu i nie powinna tutaj robić już więcej głupich rzeczy. 
I szczerze powiedziawszy myślałem, że uda mi się odjechać zanim Hance udałoby się znaleźć w głowie jakieś słowa, szczególnie spowalniające moją ucieczkę albo, co gorsze, zacięłaby dziękować za naszą przyjaźń. Rzeczywistość okazała się inna. 
– Hanka!
Oboje spojrzeliśmy w kierunku zbliżającego się w naszą stronę pana Wrońskiego. Nie zestarzał się tak bardzo, nie tak, jak śmiałbym przypuszczać, a że kiedyś widywaliśmy się wielokrotnie, dlatego poznałem go bez problemu. Od zawsze czułem do niego respekt, zdecydowanie był mniej pobłażliwy w stosunku do swoich córek, niż Emil wobec mnie. Potrafił też odpuścić i być łagodnym, kiedy zaszła taka potrzeba, zupełnie inaczej niż Krzysztof. Oczywiście mogłem wywnioskować, jakim jest człowiekiem tylko z moim własnych obserwacji, ale jakieś dziesięć lat temu zapamiętałem Wrońskiego w dokładnie ten sposób.
Dopiero po kilku sekundach, gdy podszedł znacznie bliżej, uświadomiłem sobie, że spotkanie ojca Hanki było dość niefortunne. Może innym razem ucieszyłbym się bardziej. Przełknąłem ślinę. Czyżby trema? 
– Dzień dobry – przywitałem się, w tym czasie Wroński ucałował córkę w czoło, po czym podszedł do mnie i wyciągnął rękę. Kiedy ścisnął dłoń na przywitanie, o mały włos nie połamał mi palców. Starałem się odwdzięczyć równie mocnym uściskiem. Co za ironia losu, jego córka dwa dni wcześniej uciekła po (niedoszłym) spotkaniu z byłym facetem, żeby schować się u innego gościa w obcym mieście, a ten trzeci, czyli Konrad Czyżewski, na swoje własne życzenie znajdzie się pośrodku tego bałaganu, aby wytłumaczyć się tatusiowi. Uścisk dłoni już sygnalizował, że „żarty się skończyły”. Tego rodzaju wdzięczności za mą rycerskość nie śmiałbym oczekiwać. 
Po co ci to było?, pomyślałem w tamtej chwili, zaczynając żałować porywów serca. 
– Cześć, Konrad – powiedział nieco łagodniej, niż wskazywałby na to wyraz twarzy. – Wyglądasz zupełnie jak Emil dwadzieścia lat temu – dodał, ściszając głos, a mnie trochę mnie zatkało. Trochę nawet bardzo. – Hanka, myślałem, że jesteś w Pożarowie – Wroński odezwał się do swojej córki, kiedy już znudziło go przyglądanie się ze satysfakcją, jak ja zupełnie tracę rezon. Mógłbym przysiąść, że mężczyzna zauważył resztki pewności siebie spływające po mojej twarzy razem z potem. 
– Taak… – Hanka zawahała się – byłam, ale Konrad podrzucił mnie do domu. – Wzruszyła ramionami, jak gdyby nigdy nic. –  Znaczy poprosiłam go o to – dodała w pośpiechu. – Chyba nie masz nic przeciwko, że wróciłam do domu, prawda? 
– Znudziło ci się?
– Co? – jęknęła.
Kilkukrotnie mrugnęła nerwowo. Jasne, jeśli chciała wyglądać na wyluzowaną, zupełnie jej nie wyszło. Królowa dramatu odeszła w niepamięć. Swoją drogą oboje z Hanką byliśmy tak samo zdenerwowani, z jeden strony to mogło byś pocieszające, tkwiliśmy w tym razem, z drugiej jednak jej ojciec nawet specjalnie się nie wysilił, aby zauważyć, że coś między nami nie gra.  Zakłopotanie na naszych twarzach było na tyle widoczne, że nie umknęło jego uwadze.
– Nie, nic – zaśmiał się Wroński. – Konrad wejdziesz na kawę?
– Nie – powiedzieliśmy naraz oboje. 
– Zostałem sam – zwrócił się do mnie. – Przez kolejne dwie, trzy godziny nie natkniesz się na kolejnego członka naszej rodziny.
– Nie, nie o to chodzi – próbowałem się jakoś wyplątać. Zacisnąłem zęby i odruchowo zerknąłem na Hankę; cóż, nie znalazłem u niej pomocy. – Obiecałem mamie, że jeszcze dziś do niej wpadnę – wytłumaczyłem się. Poczułem ulgę, kiedy okazało się, że jego pytanie wcale nie było zobowiązujące.
– Jasne, nie będę cię zatrzymywał.
Popatrzyłem ostatni raz na Hankę, stała jak słup soli, na twarzy wciąż malowało się mnóstwo emocji. Uniosłem rękę w geście pożegnania i wsiadłem do samochodu. Po prostu odjechałem i tyle mnie widzieli. Od razu obrałem kurs na Toruń, Hanka została w Kiekrzu, więc i tak było mi wszystko jedno. Z trasy zadzwoniłem jeszcze do mamy, a później do Emila, obojgu musiało to wystarczyć. 

*

W poniedziałek przy porannym espresso Kajetan zapytał o „misję ratunkową”, odpowiedziałem śmiertelnie poważnie, że się powiodła i tym sposobem uciąłem temat. Chociaż może on chciałby odrobinę podrążyć dla własnej satysfakcji, ale ja całkowicie skupiłem się na tym, co w ostatnim czasie i tak pochłaniało najwięcej mojej uwagi: na pracy. 
Kolejne trzy dni minęły zaskakująco szybko, pijąc kawę w środowe południe uwiadomiłem sobie, że następnego dnia przypada piętnasty sierpnia, więc nie powinienem pojawiać się w biurze, ani nawet o to pytać. Chciałem jednak coś ze sobą zrobić i ta myśl obudziła mnie z jakiegoś dziwnego amoku, w którym tkwiłem od poprzedniego weekendu. 
– Obowiązuje nas jakiś długi weekend? – zapytałem, stojąc w drzwiach biura Kajetana. Spoglądnął na mnie znad klawiatury, początkowo chyba pomyślał, że z mojej strony to jakiś żart. – Jeśli tak, to wsiadam w samochód i widzimy się w poniedziałek.
– Znowu musisz kogoś ratować? – zaśmiał się. Wyjątkowo bawiło go poruszanie tego tematu. Nie zamierzałem jednak dawać satysfakcji. 
– Nie, tym razem bohater potrzebuje chwili wytchnienia – odparłem. – Mogę zabrać ze sobą laptopa, jeśli…
– Nie musisz – przerwał mi, tym razem mówiąc już poważniej. – Dokończ to, co masz i jedź. – Już chciałem wrócić do siebie, kiedy Kajetan dodał: – Pozdrów – uśmiechnął się wymownie – Emila. I narzeczoną, oczywiście.
Czyli jednak nie potrafił sobie opuścić. Sam się jedna zdziwiłem, bo tym razem aluzja Kajetana całkiem mnie rozbawiła i wprawiła w dobry nastrój. 

*

– Szykujesz czerwony dywan?
W ostatnim czasie często dzwoniłem do Emila. Tym razem ponownie zadzwoniłem z trasy, bo nie chciałem tracić czasu trakcie szybkiego pakowania po powrocie z pracy. 
– Co? O czym ty…? – zająknął się. – Czy to jakiś głupi żart związany ze ślubem? Jestem skłonny uwierzyć, że gdzieś na którejś z list rzeczy do zrobienia widziałem wzmiankę o dywanie. 
– Nie, po prostu chciałabym się zatrzymać na weekend – odpowiedziałem już bez wygłupów, bo aż żal było mi roztrzęsionego Emila. 
– I potrzebujesz do tego mojej zgody? – Wyobraziłem sobie, jak wzrusza ramionami. – Przyjedziesz, to będziesz. Jeśli jednak zjawisz się w okolicy około 19, to podjedz do babci i podrzuć ją do weterynarza.
– Rozumiem, że babcia nie potrzebuje już normalnych lekarzy? – Nie potrafiłem się powstrzymać, aby tego nie powiedzieć. 
– To mało zabawne – usłyszałem, że mimo wszystko sam się prawie zaśmiał. – Jej podnóżek ma jakąś kontrolną wizytę. Okaż trochę miłości do zwierząt. Poza tym czyszczenie tapicerki w moim samochodzie jest znacznie droższe niż w tym, którym obecnie jeździsz.
Zauważyłem narastającą tendencję do pakowania się w gówno, dosłownie i w przenośni. Spojrzałem kątem oka, która godzina, szacowałem, że pod kamienicą babci zjawię się za trochę ponad godzinę. Ostatecznie do Pożarowa dotarłbym pewnie wieczorem i niewiele udałoby się zrobić, więc uznałem, że nie było powodu, aby się spieszyć. 
– Jasne, będę na miejscu za półtorej godziny.
Parkując na ulicy zauważyłem, że jestem obserwowany przez jedną z sąsiadek, monitoring sąsiedzki działał bez zarzutu. Na klatce schodowej unosił się lekki zapach stęchlizny, ale temperatura była znacznie niższa niż za zewnątrz, co przynosiło nieco ulgi. Zapukałem, aby dać znać, że jestem, ale nie czekałem, aż ktokolwiek mi odpowie, tylko wszedłem. Zobaczyłem babcię kręcącą się w korytarzu, uśmiechnąłem się na jej widok i chciałem normalnie po ludzku przywitać, kiedy ona mnie uprzedziła:
– Widzę, że Emil przed tym swoim ślubem, to już zupełnie nie ma dla mnie czasu, tylko ciebie przysyła.
Cóż mogłem powiedzieć na tak ciepłe powitanie?
– Bardzo mi miło, że cieszysz się na mój widok. – Próbowałem powstrzymać się od westchnięcia.
– Byłoby mi milej, gdybyś wpadał częściej – odparła od razu. – Słyszałam, że w zeszłym tygodniu byłeś w okolicy, ale o starej babci, to nie pomyślałeś. Do matki też byś zajrzał, obaj z Michałem to się u niej pojawiacie raz na ruski rok. Może nie za bardzo ją lubię, ale wiem, że siedzenie samemu w domu dobrze nie wpływa na człowieka, kobieta zgorzknieje do szpiku kości.
– Zupełnie jak babcia…
– Widzę, że już zdążyłeś wyciągnąć wnioski i nie pozwolisz matce zgorzknieć. A teraz weź, młody człowieku, tego kundla pod pachę, bo mi się nie chce po niego schylać.
Wtorek kręcił się gdzieś między jej nogami, nie poczuł obrażony przez swoją panią. 
– Nie jesteś wcale kundlem – powiedziałem do psa. Babcia popatrzyła na mnie, jak na idiotę. Tak, a więc było nas w tym towarzystwie aż dwóch. – Myślałem, że poczęstujesz mnie chociaż szklanką wody – zwróciłem się do kobiety, a ona bezceremonialnie westchnęła. 
– W lodówce jest jakiś sok. Emil kupuje mi takie zdrowe rzeczy. Ja tego nie lubię, herbatę wolę.
Wyszperałem w szafce szklankę i nalałem sobie wspomnianego soku – tłoczony z polskich jabłek, nie pogardziłem. Poczęstowałem się również bananem, było ich w koszyku całkiem sporo. W ogóle wyglądało na to, że babcia sama nie robiła zakupów spożywczych. Podejrzewałem, że narzekanie na brak uwagi Emila, było tylko czystym malkontenctwem. 
– Możesz sobie wziąć nawet drugiego – usłyszałem babcię – ja tych bananów za bardzo nie lubię, nasze jabłka wolę. Emil mi to przywozi, dwa razy w tygodniu zjawia się z siatkami, więc na targ chodzę tylko po to, żeby jakichś ludzi zobaczyć. Już możemy jechać?
– Jasne – odparłem z wypełnioną buzią. Kiedy przełknąłem, zapytałem: – Zastanawiam się jedynie, dlaczego nie chodzisz do weterynarza, który jest naprzeciwko?
– A widziałeś kiedyś, żeby ta zakała miała jakieś swoje zwierze? Nie ufam takim ludziom. Zresztą Wtorek też mu nie ufa i wcale mnie to nie dziwi, po karmie, którą dostał, pies dostał sraczki.
Zapakowałem tę uroczą dwójkę do samochodu i mogliśmy ruszać. Droga nie zajęła więcej niż pięć minut, ale dla chorowitego psa i babci spacer w upalne popołudnie mógł być rzeczywiście wyzwaniem. W czasie, gdy babcia przebywała z małym pacjentem w gabinecie, ja zająłem się czytaniem ulotek i przez głowę przeszła myśl, że sam mógłbym adoptować jakiegoś psa. Albo kota. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że nawet nie wiedziałem, co za kilka miesięcy mógłbym robić, a odpowiedzialność za takiego zwierzaka była naprawdę duża. 
– Konrad – usłyszałem i spojrzałem w stronę babci wychodzącej z gabinetu – weź psa i idziemy. Tutaj niedaleko jest sklep, gdzie kupuję karmę. To jest specjalna karma, taka dla alergików. Ta pani weterynarz poleciła. Po tej karmie Wtorek nie ma żadnych problemów.
Pół godziny później kończyłem moją herbatę siedząc w babcinym salonie. Była naprawdę słabo zaparzona i w dodatku przesłodzona. Ten smak wyjątkowo dobrze mi się kojarzył, więc od razu zadeklarowałem, że w niedzielę wieczorem przed moim powrotem do Torunia wpadnę na jeszcze jedną. Zauważyłem, że moja babcia ucieszyła, oczywiście na swój własny sposób. 
– Miśka zabierz ze sobą, tego wnuka to już wieki nie widziałam.
Tak jak przypuszczałem do Pożarowa pojechałem pod wieczór. Później pomyślałem o tym, że mógłbym zrobić jakieś zakupy, bo przecież mogłem tam zastać pustą lodówkę, ale na miejscu okazało się, że zarówno Michał jak i Emil z Joanną i małą Agnieszką są na miejscu. Kiedy dotarłem na miejsce, akurat wszyscy relaksowali się na tarasie za pałacem, wyglądało na to, że nie tylko ja potrzebowałem chwili wytchnienia. Pierwszy na przywitanie wybiegł Szarlej, stęskniłem się za tym sierściuchem. 
– Nie wierzę, że zaszczyciłeś nas swoją obecnością – wybąknął Misiek między jednym a drugiem kęsem.
– Misja ukończona sukcesem – zwróciłem się do Emila – obyło się bez osikanej tapicerki.
– Dwóch bratanków – powiedział Emil, spoglądając na swoją narzeczoną – obaj to buce.
– Widzę, że remont dobiegł końca – zauważyłem, przyglądając się budynkowi. – Wyrobiliście się ponad tydzień przed ślubem, nieźle.
– Konrad – odezwała się wreszcie Joanna – prace i tak trwały stanowczo za długo, żeby się jeszcze nad tym rozwodzić. – Spojrzała wymownie na Emila, wyglądało na to, że dopracowała tę wypowiedź do perfekcji. – Prawda, kochanie? Nie musimy już się tym przejmować. Mamy tyle spraw do załatwienia, że akurat ta jedna myśl jest zbędna. – Wyraźnie drażniła Emila swoim słodkim tonem, tak pewnie rozładowywała napięcie przed ślubem. – Konrad, jesteś głodny, częstuj się kanapkami. Wyborne, Misiek przeszedł samego sobie – zaśmiała się, tym razem to Michałowi zrzedła mina, bo ktoś wypomniał mu brak umiejętności kulinarnych. 
– Dziękuję, odwiedziłem babcię, sami rozumiecie.
Przysiadłem się do nich, pies ułożył się tuż u moich stóp. Agnieszka siedziała spokojnie u boku swojej mamy, spoglądała na nas tylko czasami, bo całą uwagę poświęcała swoim klockom Lego. Z grzeczności nie poruszałem tematu ślubu i przyjęcia, narzeczeni chcieli chociaż na chwilę przestać o tym myśleć. Na pytanie, co u mnie zdawkowo opowiedziałem, co działo się w Toruniu. Znali mnie już dobrze, nie ciągnęli za język, gdy nie byłem skłonny do zwierzeń. Przy okazji dowiedziałem się, że Misiek, chcąc nie chcąc, został zaangażowany do pracy; Emila denerwowało, że całe wakacje chce siedzieć na tyłku, więc pod pretekstem praktyk wysłał go do firmy jednego ze swoich znajomych.  
Zaczęło się ściemniać, a komary nie dawały żyć, więc Joanna zabrała córkę, by położyć ją spać, Emil zmył się zaraz po nich, a my razem z Miśkiem i Szarlejem postanowiliśmy zrobić rundkę po okolicy. Mój brat przede wszystkim narzekał na Emila, który przez ślub dostał małpiego rozumu i to jego przyszła żona zachowuje większy spokój.
– Emil żeni się po raz drugi, więc wie, w co się pakuje i pewnie zastanawia, czy to dobra decyzja. Asia jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy – podsumował, a wytknięcie kilku rzeczy stryjowi zdecydowanie poprawiło mu humor. W zasadzie najbardziej denerwował Michała fakt, że Emil nie chce, żeby ten spędzał wakacje na nicnierobieniu. W pewnym momencie przestałem słuchać go uważnie, kiedy wciąż wałkował ten sam temat. 
– Skoro pakuje się w małżeństwo drugi raz, to tym bardziej musi być przekonany o słuszności swojej decyzji – odpowiedziałem. – Wolisz wracać przez wieś czy idziemy przez las?
– Przez las, oczywiście – rzucił. – A ty coś taki poważny? – Było już trochę ciemno, więc trudno było odczytać cokolwiek z wyrazu twarzy, ale Michał zauważył, że wzruszyłem ramionami. – Może się zakochałeś?
– Co? – zaśmiałem się nerwowo. – Jezu, Misiek, o czym ty…
– Wiesz, nie każdy rzuciłby się, żeby ratować Hanię…
– Co!? – jęknąłem. Wziąłem głęboki oddech. – Chciałem tylko, no wiesz, chciałem tylko jej pomóc. No nie wiesz, jak to jest? 
– Właśnie nie wiem, jak to jest. – Jeśli chciał mnie zirytować, to udało mu się. Najpierw obsmarował Emila, a teraz rzucił się na mnie i w dodatku idealnie trafił z tematem. – Może odpowiesz, jak to jest pomagać – zrobił palcami cudzysłów w powietrzu – dziewczynie, która miesiąc wcześniej umierała z tęsknoty za tobą, bo stwierdziłeś, że z dnia na dzień wyjedziesz do Torunia?
– Słuchaj – zatrzymałem się i wymierzyłem z niego palec – z dnia na dzień wyjechałem z Warszawy, a później z dnia na dzień wyjechałem do Torunia, nic ci do tego. Przyjechałem tutaj, bo i tak nie miałem co robić, a teraz wyobraź sobie, że mam normalną pracę i w przeciwieństwie do ciebie nie narzekam, że ktoś mnie zaprzągł do roboty. Więc może zejdź ze mnie, co?
– Ale lubisz ją? – zapytał jakbym przez ostatnie trzydzieści sekund wcale nie chciał mu przywalić. – Słuchaj, ja ją dobrze znam, znacznie lepiej od ciebie, a ty jesteś moim bratem, więc nie chciałbym więcej żadnych kwasów, dlatego pytam. Przyznaję, że ostatnio jestem na niektórych jak wrzód na tyłku, ale nie krzywdzę tym uczuć innych, stary. Chociaż jedno z was mogłoby się zdecydować. Więc lubisz ją czy nie?
I wtedy ja, znudzony tą rozmową, odparłem z przejęciem godnym przedszkolaka:
– Tylko nie biegnij od razu do niej, żeby jej to powiedzieć.
– Spoko, spoko – Misiek starał się mnie uspokoić – nie będę próbował was swatać czy coś. Chyba i tak już za dużo sami nagmatwaliście, żebyście potrzebowali kolejnej osoby w tym swoim bałaganie.
– Dzięki, Michał – westchnąłem – naprawdę mnie pocieszyłeś…
– Nie ma za co – zaśmiał się. – To tylko chłodna ocena sytuacji z dystansu. – Jasne, jakbym sam o tym nie wiedział. – To co? Jutro rano jakaś przejażdżka? Wypadałoby sprawdzić, czy jeszcze potrafię siedzieć w siodle…
– Ty nigdy nie potrafiłeś siedzieć w siodle.
– To co? Ósma? – zaproponował. – Jest tylko jeden warunek, ty robisz śniadanie, inaczej znów uraczę wszystkich moimi wspaniałymi kanapkami.

*

Pobudka przed ósmą obojgu nam nie wyszła. Ja wstałem przed dziewiątą, zszedłem wypić kawę, a kiedy już wstępnie się ogarnąłem, słońce było już na tyle wysoko, że wolałem uniknąć poparzeń słonecznych. Usiadłem więc w cieniu z książką, wcześniej majstrując sobie prowizoryczne siedzenie ze stogu siana. Michał natomiast według swojego zwyczaju spał do południa, co oczywiście nie podobało się Emilowi, ale Joanna kazała mu odpuścić. Brat dołączył do mnie później, też z książką, chociaż niespecjalnie go interesowała, skoro po kilkuminutowej bitwie ze samym sobą przysnęło mu się na kolejną godzinę. Ja nie mogłem sobie jednak odmówić chociaż chwili w siodle, dlatego nadrobiliśmy zaległości wieczorem, kiedy słońce już tak nie męczyło. Kolejny dzień minął bardzo podobnie; mnie martwiło jedynie to, że ten dobry czas leciał zbyt szybko. 
W sobotnie przedpołudnie dokończyłem czytanie lektury. Miałem dwie opcje: albo podkradnę Michałowi książkę, która powoduje śpiączkę, albo wybiorę pozycję z mojej własnej biblioteki. Skoro mój dawny pokój znajdował się we Wronkach tylko kilka kilometrów od nas, po uprzednim telefonie do mamy gdzieś w czasie szeroko pojętej pory obiadowej wpakowałem Miśka do samochodu, by łącząc przyjemne z pożytecznym, spełnić również synowski obowiązek. 
W ostatni weekend nie zdecydowałem się wpaść do mamy, to nie było miłe z mojej strony,  wyręczyłem się telefonem, w dodatku zadzwoniłem, kiedy dojechałem już do Torunia, aby przypadkiem nie zechciała mnie zawrócić z drogi. Okazało się, że Misiek, oprócz tego, że w tygodniu przebywa w Poznaniu przez swoje praktyki, to od czasu, gdy ja wyjechałem z Pożarowa, odwiedził mamę „może raz czy dwa, na chwilę”. Emil zdecydowanie miał rację, oboje z bratem zasłużyliśmy na miano buców, a ja wcale nie byłem tym najgorszym. Pojawienie się w domu we dwójkę miało swoje plusy, niezadowolenie naszej rodzicielki rozkładało się po połowie.
– Ziemniaki się jeszcze nie ugotowały, więc musicie chwilkę poczekać – oznajmiła mama, kiedy już nas wyściskała i wycałowała. – Radek, możesz nakryć do stołu? Zjemy w salonie, tak będzie nam wygodniej. Misiek, wyłącz telewizor, nie jest nam potrzebny do jedzenia!
Michał przewrócił oczyma, chciał mimo wszystko rozsiąść się na kanapie, ale odwiodłem go od tego, cedząc przez zęby, że ma pomóc mamie w kuchni. Chwilę później zjawił się ponownie w salonie, kładąc na stole dzbanek z kompotem. Tak to biedaka zmęczyło, że aż otarł czoło dłonią. Chyba chciał coś wymruczeć pod nosem i pomarudzić, ale zaraz za nim pojawiła się mama, więc zrezygnował. Pomyślałem wtedy, że Hanka miała na Michała bardzo dobry wpływ, bo przy niej zachowywał się znacznie lepiej, a na pewno nie narzekał na wszystko dookoła. 
Kiedy już zasiadaliśmy do stołu, mama najpierw zaczęła wypytywać młodszego syna, co u niego słychać, oczywiście nie obyło się bez kilku uwag, że dzwoni tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje i bardzo rzadko pojawia się w domu. Z drugiej strony mama była bardzo wdzięczna Emilowi za pomoc w znalezieniu praktyk – jeśli o to chodzi, wiedziała tylko tle, ile było trzeba. Nie musiałem kopać brata pod stołem, aby odpowiadał z sensem, nawet obiecał poprawę i stwierdził, że na weekendy powinien przyjeżdżać do domu, a już na pewno co drugi. Rzecz jasna kolejny odpadał, bo wtedy wypadał ślub Emila z Joanną. Akurat tego tematu chciałem uniknąć, na szczęście mama zareagowała bardzo łagodnie, bez histerii, której mógłbym się po niej spodziewać. 
– Właśnie, Radek – przełknęła kęs – zaprosiłeś Hanię na ślub, prawda? – Przeniosła wzrok z Michała na mnie. Siknąłem głową; nie pamiętałem już, czy sam o ty wspominałem, czy może dowiedziała się od osób trzecich. – Tak sobie myślałam… po tym, jak ostatnio tutaj wpadła, zastanawiałam się, czy może do niej nie zadzwonić. Może byłoby jej miło? – Dobrze, że akurat nie miałem nic w buzi, bo na pewno wyplułbym to na stół. Mama nie doczekała się aprobaty z mojej strony, więc z nadzieją zerknęła na Michała, którzy skinął głową kilkukrotnie i pięknie się uśmiechnął. Ach, tak? I tak właśnie wyglądał brak swatania i nie mieszanie się do moich spraw? Tylko po samym moim spojrzeniu mógł się domyślić, że jeszcze się za to policzymy. – Wiem, Radek, może to nie moja sprawa i wszystko już u niej w porządku – kontynuowała mama – ale nadal trochę się martwię. Mam tylko mały problem, nie wiem, czy poprawnie zapisałam numer…
– Hania w ostatnim czasie zmieniła, może zapisałaś ten nieaktualny – odezwał się Michał. – O to jednak absolutnie się nie martw, mogę nawet dodać nowy kontakt w telefonie, żeby nie zginął na przyszłość.
– Michałku, nie jestem aż tak zacofana, potrafię dodać nowy kontakt – westchnęła. – A numer zweryfikujemy, kiedy już zjemy. Chciałam tylko wiedzieć, czy jeśli zadzwonię i zapytam, co słychać, to nie będzie zbyt… wiele. Jak myślicie?
Z tego, co mama opowiadała w czasie naszego ostatniego spotkania, Hanka wpadła tutaj zapłakana i roztrzęsiona, a przez pierwszych kilka minut kontakt z dziewczyną był utrudniony, bo ledwo artykułowała słowa, nie wspominając o sensownych wypowiedziach. W porównaniu do tego, telefon z zapytaniem, czy wszystko dobrze, to naprawdę nic wielkiego. 
– Hanka na pewno nie będzie miała nic przeciwko – odpowiedziałem łagodnie, mając nadzieję, że to zakończy temat. Mamie widocznie to wystarczyło, dlatego nie musiałem zachwalać sosu, aby zmienić temat.
– A jeśli o byciu miłym mowa – podjęła dyskusję ponownie – to upiekłam ciasto z przepisu waszej babci i pomyślałam, że mogłabym się z nią podzielić. A że akurat wpadliście, to moglibyście się wybrać razem. Zapewne nie widziała was tak dawno jak ja, więc wypada, żebyście się u niej pojawili.
– W porządku – mruknął Michał – tylko wiesz, że ona zrzędzi?
– Teraz już wiem, po kim odziedziczyłeś tę cechę – powiedziałem kąśliwie. – Myślę, że powinnaś wybrać się z nami – zaproponowałem. Ten pomysł niespecjalnie jej się spodobał. Przeniosła wzrok ze mnie na Michała, ale on też uznał to za bardzo dobry pomysł. – To, że twój mąż nie żyje, nie znaczy, że ona nie jest twoją teściową – dodałem jeszcze. Nie mogła na szybko znaleźć argumentu, aby się wymigać. 
– Słusznie – odparła – przyznaję ci rację. Co prawda niedługo zyska nową synową, którą na pewno polubi bardziej ode mnie, ale to nie znaczy, że nie mogę wpaść na kawę z jej wnukami, prawda?
Zastanawiałem się, czy może nie przesadziłem z tą propozycją, ale atmosfera oczyściła się, kiedy Michał pochwalił bardzo dobry sos. Niektóre rozwiązania musieliśmy mieć we krwi, skoro właśnie taki uwagi ratowały nas z niekomfortowych sytuacji. 
Mój brat pomógł uprzątnąć stół po obiedzie, ja w tym czasie wybrałem dla siebie coś do czytania. Zastanawiałem się nad kilkoma pozycjami, nawet chciałem wziąć kilka książek do Torunia, ale pomyślałem, że wracanie po książki będzie stanowiło dobrą mobilizację, żeby częściej się tu pojawiać. 
Kazałem Michałowi siąść z tyłu, a mamę zaprosiłem do przodu. Trochę protestowała, że pieszo to naprawdę niedaleko, ale zmieniła zdanie, gdy wygodnie się rozsiadła, zapięła pasy i położyła na kolanach wcześniej przygotowane zawiniątko z ciastem. Na miejscu, bez zaskoczenia, zostaliśmy zauważeni przez jedną z sąsiadek konspiracyjnie ukrywających się za firanką. Niektóre rzeczy po prostu się nie zmieniały. 
Wszedłem na klatkę jako pierwszy, a później postąpiłem w dokładnie w ten sam sposób jak ostatnio: zapukałem, aby zakomunikować, że ktoś przyszedł, po czym chwyciłem za klamkę, aby wejść do środka. Bez skutku, drzwi ani drgnęły. Wyciągnąłem rękę, by użyć dzwonka, jednak powstrzymała mnie mama. 
– Nie działa – poinformowała z lekkim poirytowaniem. – Babcia majstrowała przy dzwonku, aby go trochę przyciszyć, a ostatecznie całkowicie szlag go trafił. – Zerknąłem na Miśka, który też pewnie chciał zapytać, czy wracamy do domu, kiedy mama wyciągnęła z torebki pęk kluczy i podeszła do drzwi, aby użyć jednego z nich. – Nie patrzcie tak na mnie, sama mi je dała po śmierci Krzysztofa.
Zaraz po tym popatrzyła na mnie wymownie, zupełnie tak, jakby właśnie przekazywała mi najgorszą wiadomość.
Mama weszła pierwsza. Po dłuższej chwili wkroczył Michał, który zdecydowanie pobladł na samą myśl o tym, jaki widok czeka na niego w środku. Ja byłem tuż za nim i zamknąłem drzwi. Zrobiłem dwa kroki, wpadłem na brata, który nagle się zatrzymał. Wtedy zobaczyłem stopy babci leżące w progu jej sypialni, a tuż obok nich kręcił się Wtorek. Wepchnąłem Michała do salonu – to była ostatnia rzecz, którą zrobiłem rozmyślnie. Później mama kazała mi zadzwonić do Emila, ale nie za bardzo wiedziałem, co mu powiedzieć, więc wymamrotałem, że musi tu przyjechać. Mama,  zachowując resztę zdrowego rozsądku, wyrwała mi z ręki komórkę i wyjaśniła Emilowi, że znaleźliśmy babcię na podłodze w jej sypialni i że już zadzwoniła, gdzie trzeba, ale, do jasnej cholery, mógłby się tutaj jak najszybciej zjawić. 
Rozłączyła się i rozpłakała jak dziecko. 

*

W poniedziałek po pracy zjawiłem się na ostatniej przymiarce garnituru. Byłem umówiony z jedną z toruńskich krawcowych już wcześniej, tyle tylko, że miałem wyjść stamtąd jako świadek, a nie szukać ubrania na pogrzeb. Właścicielka salonu, kiedy dowiedziała się, co się stało, dobrała mi odpowiednią koszulę, aby całość wyglądała bardziej żałobnie. Jakkolwiek podle to nie brzmiało, zadowolił mnie efekt. Może to dlatego, że po raz pierwszy od soboty ktoś wreszcie potraktował mnie normalnie; wszyscy moi bliscy, łącznie ze mną, doznali ogromnego szoku i nie zachowywali się racjonalnie. Michał zupełnie się załamał, nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio odwiedził babcię, a teraz już było za późno, aby to nadrobić. Emil starał się zachowywać zdrowy rozsądek, organizacja pogrzebu spadła na niego, ale zanim cokolwiek zrobił w tym temacie, oznajmił, że oczywiście żadnego ślubu nie będzie i trzeba to teraz wszystko odkręcić. Tym ostatnim zajęła się Joanna.
– Nie potrafię sobie wyobrazić, co teraz czuje ta biedna dziewczyna – powiedziała mama w niedzielę wieczorem, kiedy żegnała mnie przed wyjazdem do Torunia. – Jednego dnia przygotowujesz się do najważniejszego dnia w życiu, a następnego pogrążasz się w smutku. 
Postanowiłem wrócić dzień przed pogrzebem, czyli we wtorek wieczorem i nocować u mamy. Kajetan miał przyjechać dopiero w środę rano, ja mimo wszystko wolałem być wcześniej. Zanim jednak zatrzymałem w domu, najpierw pojechałem do Pożarowa. Wjechałem od strony pałacu, tak jak się spodziewałem, tuż przed budynkiem stał samochód Emila, więc nie myliłem się, zastałem go. Wysiadłem z auta i wszedłem do środka, wszędzie było pusto, a Emila zastałem stojącego na tarasie. Spoglądał w stronę lasu. Podszedłem bliżej i stanąłem obok, uwielbiałem ten widok. 
– Kiedyś marzyłem, aby to wszystko było moje, teraz wiem, że trzeba uważać, o czym się marzy – powiedział. W każdej innej chwili uznałbym to za zbyt górnolotne, ale ja myślałem dokładnie to samo. – Co byś zrobił na moim miejscu?
– Upiłbym się – odparłem mało elokwentnie. Popatrzył na mnie z dezaprobatą. – Rozumiem, że pytasz o długofalowy cel. Na twoim miejscu sprzedałbym całą posiadłość.
– Słusznie – przytaknął – to właśnie zamierzam zrobić.
– Nie wpadłeś na ten pomysł w ciągu ostatnich kilku dni, prawda?
– Nie, chciałem już to zrobić po śmierci twojego dziadka – odpowiedział. – Pod koniec życia bardzo cierpiał i mówił o wielu rzeczach, których po latach żałuje. Często wspominał o pałacu jako o czymś niesamowitym i wspaniałym. Dlatego chciałem całą posiadłość sprzedać dopiero po jego śmierci, żeby chociaż ta jedna myśl nie zaprzątała jego głowy, ale później twój ojciec uparł się, żeby pałacu nie sprzedawać. Trzymał go tutaj jakiś sentyment. Ja już wtedy po wielu porażkach życiowych podchodziłem do życia bardziej… pragmatycznie. Skoro się uparł, to odpuściłem. A później mnie dopadł sentyment, kiedy mój brat zmarł, nagle, krótko po naszym ojcu. – Zrobił wymowną pauzę i obejrzał się za siebie. Patrzył chwilę na pałac i dodał: – Tak sobie myślę, że gdybym mógł wybrać, to też wolałbym nie cierpieć. Chciałabym umierać bez myśli, ile rzeczy po sobie zostawię. Na pewno nie chcę zostawiać po sobie tego.
Pewnie kontynuowałby swoją przemowę, gdyby nie podbiegł do nas Szarlej. Usiadł przy nas z wyciągniętym językiem, gotów na nasze komendy. 
– Do samochodu – powiedział Emil, robiąc krok do przodu, pies ruszył za nim. – Mam tylko jeden problem, Konrad. Chodzi o tego małego buldożka.
– Wtorka – rzuciłem.
– Tak, moja matka strasznie go pokrzywdziła tym kretyńskim imieniem. – On nie polubi się z Szarlejem, nie możemy ich trzymać razem, a nie chcę oddawać go w obce ręce.
– Ja wezmę psa – przerwałem mu. – Może na początku będzie musiał zostać u mamy, ale później wezmę go do siebie. – Emil popatrzył na mnie, jakbym decydował się właśnie zrobić coś szalonego. – Gdziekolwiek to jest teraz „u mnie”, jakoś to ogarnę.
Nie protestował, a ja w międzyczasie też nie zmieniłem zdania. 

*

Na pogrzeb przyszło całkiem sporo ludzi, podejrzewałem, że większość to znajomi Emila. Wśród ludzi widziałem Hankę, która przyjechała razem z ojcem, ale to nie był czas i miejsce, aby z nią rozmawiać. Michał wymienił z nią kilka zdań już po wszystkich pogrzebowych obrządkach, a później dołączył do mnie i mamy, gdy wsiadaliśmy do samochodu. Stypa była bardzo kameralna i rodzinna, szybko się skończyła i większość rodziny rozjechała się do domów. 
Do Torunia wróciłem dopiero wieczorem. Wtorek, tak jak przypuszczałem, został tymczasowo u mamy. Ja tymczasem miałem inne zadanie: musiałem zdecydować, co tak naprawdę chcę robić i gdzie osiedlić na dłużej, bo póki co, nie zamierzałem zostawać w Toruniu na dłużej i na pewno częściej pojawiać się w weekendy, a wożenie chorowitego psa między miastami to był najgorszy pomysł. 
Tylko jedna myśl wywołała uśmiech na mojej twarzy: czas wracać do domu.